sobota, 23 czerwca 2012

A właśnie, że to będzie moja podróż życia!

Dotrwałam jakimś cudem, choć oczy zamknęły mi sie niepostrzeżenie, jak tylko samolot wystartował z Warszawy. Znakomitą większośc lotu do Hong-Kongu równiez przespałam. Prawdopodobnie długo budowany deficyt snu postanowił sie zamanifestować.
Hong-Kong zasnuty chmurami. Szkoda, biorąc pod uwagę, że lądowanie dawałoby doskonałe możliwości obeserwacji - przelecieliśmy nad miastem, po czym lądowaliśmy na pasie biegnacym wzdłuż morza. Z góry kolor wody zdawał sie być stopionym ze sobą przełamaniem stalowej szarości i brudnego, matowego lazuru - kolor czaił się jakby w głębi, pod powierzchnią - założę się, że aktualizuje się w słońcu. I wtedy dopiero jest pięknie.
Żałuję, że mam tylko kilka godzin przed następnym połączeniem, chętnie choćby przeszłabym się na spacer po mieście, ale skala tutejszej metropolii sprawia, że w czasie, którym dysponuję, może udałoby mi się co najwyżej znaleźć wyjscie z lotniska :)
Anyway. Plan na najblizsze półtora tygodnia jeszcze jest okołosłużbowy, ale potem, hulaj dusza, piekła nie ma. Zostawiłam wszystko w Warszawie. Troski i tesknoty wyrzucam z pamięci. Są takie momenty, kiedy bwardzo wyraźnie można poczuć, uzmysłowić sobie, że to, co nas martwiło do tej pory przeszło już ten "próg bólu" i siłą rzeczy, samo, zaczyna się układać. I jest lepiej. Czy tego chcemy, czy nie. Tak działa czas.
A to ma być mój czas. Ze mną i dla mnie.


środa, 23 maja 2012

Pamięć to wredna suka

I właśnie tak nie mogę wydzierżyć w Trójmieście. Perspective means everything, jeszcze rok temu uwielbiałam i morze, i Sopot. A dziwnym zrządzeniem losu zupełnie przypadkowy splot okoliczności oddalonych od Trójmiasta o jakieś 350km sprawił, że nagle czuje się tu obco i tęsknię. Za czymś, czego już nie ma.
I za mną, której już nie ma. Znowu. Widać jest coś w tym jednak, że człowiek rozwija sie i pięknieje wewnętrznie w kontakcie z drugim człowiekiem. Z ludźmi. A zostawiony sam sobie kurczy się i przyjmuje formę przetrwalnikową.
Ja też się tak kurczę. Kolejny hotelowy pokój. Wielkie łóżko. Czas przestaje mieć znaczenie, kiedy nie wie się, czy na zewnątrz jest jeszcze słońce. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie te wspomnienia, wszędzie na każdym kroku.
A przecież to wszystko zdarzyło się gdzieś indziej. I wszystko byłoby jasne zupełnie i proste, gdyby tylko było tak:

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Podobno Budapeszt to miasto rekordowej liczby poronosów...

...tak przynajmniej twierdzi mój kolega.
Trudno mi sie do tego odnieść, bo póki co przejechałam się jedną stroną Dunaju i jeszcze nawet nie zdążyłam zwąchać, czym to miasto żyje. Zanim więc napisze cokolwiek, czego mogłabym później żałować, ruszę w teren i zobaczymy, co mamy sobie do powiedzenia.
Budapeszt i ja.

Nastrój sprzyja:

środa, 11 kwietnia 2012

Blogi to już prawie przeżytek...

...ale niektórzy dojrzewają później. Na przykład ja. Podobno lepiej późno, niż wcale - to się jeszcze okaże. Ale może to będzie początek czegoś fajnego. Dla mnie, oczywiście. A przynajmniej zachęta do tego, by jednak regularnie pisać, zamiast zamieszczać jakies pierdafony na fejsbuku. Podobno jeden obraz wystarcza za tysiąc słów - to się jeszcze okaże.
Na dziś zatem niech będzie Kasia: