Hong-Kong zasnuty chmurami. Szkoda, biorąc pod uwagę, że lądowanie dawałoby doskonałe możliwości obeserwacji - przelecieliśmy nad miastem, po czym lądowaliśmy na pasie biegnacym wzdłuż morza. Z góry kolor wody zdawał sie być stopionym ze sobą przełamaniem stalowej szarości i brudnego, matowego lazuru - kolor czaił się jakby w głębi, pod powierzchnią - założę się, że aktualizuje się w słońcu. I wtedy dopiero jest pięknie.
Żałuję, że mam tylko kilka godzin przed następnym połączeniem, chętnie choćby przeszłabym się na spacer po mieście, ale skala tutejszej metropolii sprawia, że w czasie, którym dysponuję, może udałoby mi się co najwyżej znaleźć wyjscie z lotniska :)
Anyway. Plan na najblizsze półtora tygodnia jeszcze jest okołosłużbowy, ale potem, hulaj dusza, piekła nie ma. Zostawiłam wszystko w Warszawie. Troski i tesknoty wyrzucam z pamięci. Są takie momenty, kiedy bwardzo wyraźnie można poczuć, uzmysłowić sobie, że to, co nas martwiło do tej pory przeszło już ten "próg bólu" i siłą rzeczy, samo, zaczyna się układać. I jest lepiej. Czy tego chcemy, czy nie. Tak działa czas.
A to ma być mój czas. Ze mną i dla mnie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz